czwartek, 23 kwietnia 2015

Kierunek: Wrocław.


Balonowe love.

W zasadzie już mi sie zdarzyło być we Wrocławiu. Jednak za nic w świecie nie jestem w stanie zrozumieć, czemu z poprzedniej wizyty zapamiętałam głównie kilka kolorowych kamieniczek na krzyż i smagłolice dziecko, które starało się usilnie ukraść świeczkę ze stolika, przy którym piłam kawę. Absolutnie niedopuszczalna rzecz (mój brak zakonotowanego zachwytu, pal sześć tę świeczkę), ale puśćmy to w zapomnienie i zacznijmy od początku.

Znowu żyję kolorowo.


Śniadanie w Bułce z Masłem na miły początek dnia. Usilnie próbuję włożyć kawał siebie do filiżanki.
A początek to wygrzebane z Internetu bilety lotnicze po 9 zł. Co prawda Modlin jest zlokalizowany w okolicach końca świata (i to innego niż moje miejsce zamieszkania), ale dla chcącego nic trudnego. Zmotoryzowanym polecam opcję jednego z parkingów, gdzie można bezpiecznie pozostawić swoje autko, a miły pan odwiezie nas busem w stylu retro na lotnisko i z powrotem. Sam lot trwa niesamowicie krótko (co ciekawe nie zrezygnowano z klasyki gatunku: co robić jak będziemy wodować  tym razem zapewne w basenie miejskim bądź na Odrze), a lądujemy w przyzwoitym miejscu - niespełna pół godziny jazdy autobusem od centrum.

Oprócz rachunku dostaliśmy też pisemne podsumowanie naszej kultury.


Ileż to radości!

Z dużą przykrością stwierdzam, że nocleg był taki sobie. Miejsce niby w pobliżu Rynku, opinie bardzo dobre, ale pokój telepie się co 6 minut w chwili, gdy przejeżdża tramwaj. Poważnie. No i czystość pokoju była mocno kontrowersyjna.

Ale nic to, nie zepsuło mi to humoru, Wrocław jest zbyt urzekający, magiczny, wielobarwny, by mógł się nie spodobać. No i, proszę Państwa, to jedzenie! Poszliśmy do bistro Vega, które, jak sama nazwa wskazuje, serwuje nam potrawy kuchni wegańskiej. Poza tym jest obszerne i jasne, można też przyprowadzić swojego pupila (Klocuś niestety nie leciał z nami, więc może innym razem).

Malunki ścienne.
Jak powszechnie wiadomo, od jedzenia jest lepsze tylko więcej jedzenia. A tego nie zabrakło. Yerby mate też nie.
Oczywiście kluczową sprawą we Wrocławiu jest Rynek; tak samo atrakcyjny o poranku, jak i podczas wieczornych ekspad. W zasadzie wystarczy zajrzeć w jakąkolwiek uliczkę, żeby odnaleźć coś, co nas może zainteresować.

Mnie, jak widać, zainteresowała fontanna.
Zasiedliśmy do herbaty i podglądaliśmy ludzi. Ludzie wyglądali dobrze, kamienice też. 
Dla odmiany znów fontanna.

Oczywiście niebywałą frajdę sprawiało mi odszukiwanie krasnali. Najpierw chciałam nabyć drogą kupna mapę wskazującą położenie każdego z nich, ale gdy zobaczyłam ich zatrważającą liczbę zrezygnowałam i zdałam się na kwestię przypadku.
Cóż zrobić, takie życie.
I give you my heart, tyryryryry.

Kolejną z atrakcji jest ogród zbudowany w stylu japońskim. Mamy więc mostek niczym u Moneta i kilka pomniejszych atrakcji. Wybyczyliśmy się tam na wiosennym słońcu, polecam do rozmów o życiu i jedzeniu.

Dorwałam mostek.

Och, serio? 

Jak widać, jest miło, sympatycznie i relaksująco.
To jeszcze na bis.

Wieczorny Wrocław również kusi licznymi restauracjami i pubami. I dużym krzesłem. Za to od rana znowu można przycupnąć na mocno przyzwoite śniadanie.

Niespodzianka!


Dzień dobry! Lot Kury przywitał nas smakowitościami.


Dobre to było strasznie!
I znowu kolory. Tym razem od drobiu.

Po solidnym posiłku znowu poszliśmy szukać drobnych niespodzianek. A jest ich we Wrocławiu pełno. Polecam też wspiąć się na wieżę widokową; o ile nie padnie się w połowie drogi, to widoki są bardzo kuszące.
Choć to wcale nie ulica Krokodyli, z okna na murze łypie na nas Bruno Schulz.
Znowu taszczę kilogramy ubrań. Estetyczny Wrocław kulturalnie zwrócił mi uwagę.

No przecież wyborne.

Jemu język wypadł, temu misiu.
Zajrzeliśmy do antykwariatu, a tu proszę.

Dzień jak co dzień.
Cóż mam rzec? Jedźcie do Wrocławia. Jest pięknie.

Jest pięknie.







7 komentarzy:

  1. Super! Może teraz Kraków?
    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wybieram się w te wakacje, nie ma bata! Wszyscy, bez wyjątku wszyscy z kręgu ludziów mych znajomych, którzy tam byli, jarają się tym miastem! Znajomy ostatnio opowiadał o tych krasnalach właśnie, a fontannę gdzieś widziałam kiedyś w telewizorku i czuję, że na żywo bardzo by mnie urzekła. No to trzeba będzie pojechać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedź, jedź! Mam namiary na hotel, w którym nie należy mieszkać :) A Ryneczek i cała reszta to mus sprawiający całą masę radochy :)

      Usuń
  3. Byłam raz, w deszczowy dzień i niestety nie zobaczyłam wiele, ale pamiętam rynek, ogród japoński i krasnale. Chętnie wybrałabym się jeszcze raz ale na razie nie jest mi to dane..

    madlen

    OdpowiedzUsuń
  4. Może wkrótce :) Myślę, że w deszczu Wrocław też daje radę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam Wrocław, to piękne miasto!

    OdpowiedzUsuń