wtorek, 30 grudnia 2014

O tym, dlaczego mój kot nie został Raskolnikowem

A to było tak, że po wielu przemyśleniach postanowiliśmy mieć kota. Myli się ten, kto sądzi, że koty wydawane są dziś od ręki na żądanie. W kilku mailach napisano mi, że proszona jestem uprzejmie o wypełnienie formularza adopcyjnego i że odwiedzą mnie w najbliższym czasie celem obejrzenia potencjalnego lokalu dla kota. Być może przyszły lokator posiadał jakieś szczególne preferencje dotyczące wystroju wnętrza, co również należy brać pod uwagę. Ja na przykład nie jestem wielbicielką zbytniego eklektyzmu w mieszkaniu i rozumiem, że kot myśleć może podobnie.

Wyzłośliwiam się oczywiście w sposób paskudny, bo intencje jak najbardziej rozumiem i - jako miłośnik miauczących przyjaciół - jestem zdecydowanie za nadgorliwością niż niedopatrzeniem, które mogłoby skrzywdzić kota.

Elo, elo, 3,2,0.

 Kotkę wyhaczyłam w jednym z fejsbukowych ogłoszeń. Nie jest ona, nie wypominając, oseskiem, co mnie niezmiernie cieszy - po pierwsze mniej szaleństw pojawia się w jej kocim łebku, a po drugie, nie ukrywajmy, im starszy kotek tym mniejsze ma szanse na znalezienie domu. 

Standardowym wyzwaniem stało się imię. I nagle, kiedy się okazało, że będzie to pani, najlepsze pomysły zaczęły dotyczyć kocich kawalerów. Normalka. W przebłysku geniuszu wpadłam nawet na „Puszkina”, niestety nie ze względu na „ Damę Pikową” czy inne bajki, tylko konserwę niezwykle drogiego jedzenia dla miauczących braci mniejszych, którą to dostałam od włascicielki kotki Neko z tego wpisu. Dziękujemy.

Proszę dopasować mi poduszkę pod kolor oczu.

Puszkin szybko odszedł w niepamięć, choć moje myśli pobłądziły niebezpiecznie w rejony Małgorzaty Nikołajewny, potem Iwana Bezdomnego (!), następnie Anny Kareniny, ale głupio tak nazwać kota, bo jeszcze gotów pójść na stację PKP i mieć jakieś nienajlepsze myśli.

W takich sytuacjach nie należy kombinować, tylko iść po linii najmniejszego oporu. Co lubimy? Co jest fajne? Sushi lubimy, sushi jest fajne. No raczej.

Tak naprawdę, to sądzę, że Sushi ma swoje imię totalnie gdzieś, bo niezależnie jak się na nią zawoła i tak przybiegnie, o ile istnieje choćby cień szansy na jedzenie. Dostaliśmy ją w komplecie z godnym podziwu apetytem i umiejętnością zapadania w sen w fascynujących pozycjach. Kotek wygląda jak skrzyżowanie rysia z foką szarą i w ogóle nie okazuje lęku, chyba, że sprawa dotyczy odkurzacza bądź, o zgrozo, wiertarki. Ma niezwykły nawyk podnoszenia przedniej łapki, co wprawia nas w pewnego rodzaju konsternację, ale myślę, że tak naprawdę Sushi nie ma złych intencji. Nawet kiedy przypomni sobie o 6:30 w weekend, że w sumie możnaby coś zjeść. W trybie natychmiastowym. Cóż, nad tym musimy jeszcze popracować.

Widok kota z lotu ptaka.

Poza tym to dopiero początek naszej wspólnej przygody i nie omieszkam donosić, co słychać w naszym wspólnym życiu.


Idzie Szopen i Bach. Na plecy. I zasypiam.

Łapka w powietrzu zawsze trendy.

Koci, koci łapci.

7 komentarzy:

  1. Śliczna jest :)
    Ja marzę o czarnej kotce i golden retrieverze już od ładnych paru lat... może za rok w końcu będę mogła przygarnąć chociaż jednego zwierzaka...

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna kotka, taka dostojna się wydaje :) A wpis - jak zawsze w Twoim wykonaniu - w wyszukanym stylu i z humorem ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kicia przecudna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie,można się było zakochać :)
      Sushi - i wszystko jasne!

      Usuń
  4. C U D O ! A wyglada jak polaczenie naszych dwoch :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kicia dziękuje za wszelkie komplementy :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Po sylwestrowych baletach dopiero dziś mam moc, by skomentować tego kota. Ba, nawet zostawiłam sobie ten wpis na deser, po przebiciu się przez blogowe zaległości:D
    Zatem - piękny kot! Najbardziej urzekło mnie zdjęcie kota leżącego na 'plecach', wygląda jakby miał takie długie 'nogi', że nie zdziwiłabym się, gdyby przyjął pozycję pionową i przeszedł się na nich po pokoju... Życzę Wam szczęśliwego wspólnego życia, co by Wam się w tym nowym roku, hej! :D

    OdpowiedzUsuń