sobota, 20 grudnia 2014

Co tam ostatnio przeczytałam /I'm dreaming of the white Christmas...


...przy czym "dreaming" jest tu słowem-kluczem. O śniegu nie można nawet powiedzieć, że jest go jak na lekarstwo, bo musiałoby to być wyjątkowo nieudolne placebo. Co najwytrwalsi mogą co najwyżej potaplać się w pobliskiej kałuży w rytm piosenki Coca-Coli. Na szczęście mam zdjęcie prezentujące prawdziwy zimowy dzień sprzed dwóch lat i nie zawaham się go użyć:

Pamiętamy. Wpisujcie miasta.

 W zaistniałej sytuacji buduję zimowy klimat po swojemu. Poniżej przedstawiam małe podsumowanie ostatniego miesiąca natury ogólnej.


Książki. Odkąd sprawiłam sobie czytnik e-booków, nie muszę wydawać już miliardów w złocie na liczne okładkowe wydania ani tym bardziej koczować pod biblioteką. Nie znaczy to, że zrezygnuję z kupowania klasycznych egzemplarzy, bo te są nie do zastąpienia. Niesamowicie fajną sprawą jest jednak możliwość natychmiastowej reakcji na myśl pojawiającą się znienacka o 3 nad ranem: „Heeeej, ale bym sobie poczytała opisy przyrody u Orzeszkowej!”. Wrogów czytnika, którzy wyrażają swoją solidną pogardę do tego urządzenia, do zakupu nie namawiam, niezdecydowanych natomiast zachęcam. Inwestycja zwraca się szybko a i fakt, że opasłe tomiszcze czytane w tramwaju może stać się poręczne i przyjazne też nie zaszkodzi.

Prezenty, prezenty. Z tyłu dzisiejszy dar od Mikołaja, czyli Givenchy Ange ou Demon. Siedzę sobie więc i pięknie pachnę. Bransoletki z lewej to kolejny dar, w tym jedna jest autoprezentem, reszta za bycie grzeczną cały rok. Z przodu pomadka z cyklu pada deszcz, wejdę do centrum handlowego i się schronię oraz peeling kawowy z Organique. Mazidło jest o tyle ciekawe, że pachnie nie jak kawa, tylko jak cukierek o zapachu kawy, który nie pachnie kawą. Ale i tak pięknie, czyli polecam.

I tak na przełomie listopada i grudnia z pomocą techniki przeczytałam takie książki jak: Paw Królowej Masłowskiej (po Wojnie polsko-ruskiej... zbierałam się całe wieki, ale w końcu przysiadłam) Ćwiartka raz! Korwin-Piotrowskiej, Rock Mann Wojciecha Manna (nie, nie, to nie ten od Czarodziejskiej góry) i z pewną dozą wstydu i zażenowania Woziłam arabskie księżniczki autorstwa kogośtam, kto woził arabskie księżniczki.

Ostatnią pozycję pominę milczeniem, ale już w przypadku Wojciecha Manna jest o czym mówić. Szczery i okraszony humorem przekaz to historia rocka na terenie Polski przez dziesięciolecia i całkiem od kuchni. Oczywiście mowa tu o tych dekadach, w których Mann, wielki miłośnik muzyki rozrywkowej, działał aktywnie na rzecz jej propagowania. Dziś trudno rozpoznać w Panu z Radia i Telewizji solidnego imprezowicza, który uczył m.in. Chasa Chandlera z The Animals picia „po polsku”. Więcej zdradzać nie będę. Książka spodoba się nie tylko miłośnikom rocka, bo autoironiczny styl Manna jest czymś naprawdę godnym uwagi.

Książkę na górze o optymistycznym tytule ofiarowałam ja. Obdarowany się ucieszył. To, co w środku to wspaniała biografia jednego z najwybitniejszych zespołów rockowych wszech czasów. Niestety, jest to najgorzej zredagowane wydanie czegokolwiek, jakie w życiu czytałam. Lektura doprowadziła mnie do wysłania maila do wydawnictwa, ażeby się zlitowali nad chociażby interpunkcją, bo przecież to Led Zeppelin. Pozostali niewzruszeni. Nie odpisali. Na samym dole album z gatunku giganci rocka w pigułce.

Niestety, ciężko jest mi powiedzieć to samo o stylu Korwin-Piotrowskiej. Chociaż książkę czytało się raczej dobrze (przekrój wydarzeń popkulturowych ostatnich 25 lat wzbudza sentymenty i okrzyki: „Oooo, pamiętam!”), to myślę, że dobrze by było, gdyby podobnym podsumowaniem zajął się ktoś inny. No pan Mann chociażby. Po Ćwiartce wiem już, że większość wydarzeń budziło według autorki szok i niedowierzanie - słowa te Piotrowska wrzuca regularnie co kilkanaście stron. Poza tym słabo ze stroną opiniotwórczą - Doda i Wiśniewski są be, Maria Peszek i Mozil cacy. Koledzy Korwin-Piotrowskiej brali narkotyki, a ona nie. Czyli wszystko arcypoprawnie, według klucza co wypada dzisiejszej inteligencji. Jednak kiedy odrzuci się te wszystkie odautorskie komentarze, mamy fajne, łatwe w odbiorze podsumowanie. I dlatego też książkę, mimo wszystko, polecam.

Przybyła dziś do mnie comiesięczna kolekcja herbatek. Są pod takim wrażeniem, że odklejają im się etykietki. Żeby wzbudzić kontrowersje, będę piła gatunek Smak lata. Czyste szaleństwo.

Masłowska podobno podzieliła Polskę na tych, co to ją kochają i tych, co by ją błotem albo i nie tylko błotem obrzucili. Moim zdaniem opinia jest raczej na wyrost, bo istnieją też i tacy, jak ja, którzy chętnie poczytają, przełomu w tym nie dostrzegą, ale docenią kunszt i miło czas spędzą. I rzucać nie będą niczym. Nie zachęcam więc ani nie zniechęcam. Jeśli po kilkunastu stronach jednak następuje płacz i zgrzytanie zębów, polecam odłożyć.

Skrótowe recenzje moich lektur, z którymi zapoznałam się do 20 grudnia ubarwiłam zdjęciami, które przypominają o zbliżających się świętach. Poniższe foto - uwiecznienie mojego wspaniałego zakupu - również przybliża niezwykłość tego niepowtarzalnego okresu. A przy okazji renifer daje po oczach niebieskimi ledami na pół osiedla. A co!

Wesołych!

8 komentarzy:

  1. Marzę o czytniku, ale na razie zbieram fundusze...bardzo powoli, bo zawsze po drodze wyskoczą inne wydatki. Na razie próbuje poratować się wygrzebanym niedawno, starym, nienadającym się do niczego tabletem, ale oczy siadają po dłuższym czasie czytania. Wiem, że gdybym miała czytnik czytałaby więcej, a bardzo chciałabym czytać więcej. A to fajna sprawa, książki tańsze i o czym pomyślę, od razu mogę mieć, bez chodzenia po księgarniach i czekania na kuriera.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie, tablet to zły pomysł do dłuższych eskapad czytelniczych ;) Na spokojnie załóż świnkę-skarbonkę-zbiórkę na czytnik, bo to naprawdę podnosi poziom czytelnictwa :D Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Dziewczyno,masz świetny styl pisania.Uwielbiam takie spojrzenie na świat wokoło :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wreszcie pościk, sasasa ]:-> Pogoda faktycznie do bani! śniegu już dwa lata nie widziałam, bo ostatnie święta spędzałam w Holandii a tam ino deszcz...:(
    Czytnik to świetny sprawa, ja sobie już żywota nie wyobrażam bez niego! Jestem ciekawa książki Wojciecha Manna, lubię go w trójce słuchać, lubię jego poczucie humoru;)
    A renifera to masz zajebiaszczego!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję wszystkim za mile słowa, toż to napęd do pisania nieziemski :))

    AnnEmilia - no raczej, renifer szaleje na niebiesko, powodując zazdrość wśród sąsiadów! To znaczy tak to sobie wyobrażam :D Ej, ja też chcę do Holandii!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te, żeby Ci go kto nie buchnął! Jak tak świeci to i złodziei wabi! Sama bym takiego chciała... :x
      To cho, jedziemy do Holandii, fajnie tam tylko śniegu raczej nie uświadczysz:P

      Usuń
  5. czytnik to super sprawa, moja mama ma i nie chce mi pozyczać bo nie może się oderwać, chciałabym zobaczyć książkę o Zeppelinie i to bardzo:) Ps obserwuję, będzie mi bardzo miło jeśli również to zrobisz jeśli Ci się spodoba:)Pozdrawiam cieplutko i zapraszam do mnie:)

    OdpowiedzUsuń