czwartek, 6 listopada 2014

Zrób sobie sushi

W dzisiejszym kulinarnym odcinku przeniesiemy się nieco bardziej na wschód. Nie będzie to jednak Hrubieszów, tylko rejony, które - oprócz Nowego Jorku - są najczęściej niszczonymi przez dzikie potwory, najeźdźców z kosmosu czy też starą, dobrą Godzillę.

Oto fotografia pod tytułem „Ja, sos sojowy oraz słoik młodego imbiru”.

Hai, hai, so desu (czy ja już wspominałam, że mam certyfikat z japońskiego? Otóż mam, więc chwalę się zamaszyście). Dziś będziemy konsumować sztandarową potrawę z Kraju Kwitnącej Mangi.

Żeby nie było za łatwo, nie chwytamy od razu za telefon, nie idziemy również dziarskim krokiem do susharni. Dziś nadrabiamy braki kulinarno-manualne i działamy sami. Albo z kimś, bo to naprawdę niegłupi pomysł na zacieśnianie więzi.

Pozdrawia Was maneki neko. Po naszemu koteł.

Podstawowym problemem jest wydanie biliardów jenów na składniki. Owszem, przyznaję, to nie ziemniaki ze smalcem, ale pamiętajmy, że składników możemy użyć kilkakrotnie, a mata do sushi to już w ogóle zakup na hoho czasu i jeszcze trochę.

Jeżeli wiemy już, że trudno, kupujemy, to bierzemy z półki:

  • ryż do sushi (ze 2 szklanki)
  • sos sojowy (polecam Kikkoman - to ten, który najczęściej widzimy w japońskich restauracjach; jeżeli bierzemy inny, przyjrzyjmy się składowi)
  • ocet ryżowy
  • nori, czyli ciemne algi, w które zawijamy całe dobrodziejstwo (nie powiem kto, ale niektórzy myśleli, że to skóra węgorza. Otóż nie).
  • dodatki, które lubimy: mamy na ten przykład łososia prosto z Biedry, awokado, rzodkiewkę i ogórka oraz sezam
  • lubię także dodatek serka Philadelphia albo jakiegoś z bandy kanapkowych serków śmietankowych
  • matę do sushi
  • wasabi - ja mam w proszku, do rozrobienia z wodą. Więc, jak zwykle, rozrabiam.

Na zdjęciu składniki oraz dzielny towarzysz produkcyjny.

Zacznijmy od kilkukrotnego przepłukania ryżu zimną wodą. Kolorek powinien zmienić się z barwy wywaru po pierogach na przejrzysty. Zalejmy ryż dwiema szklankami wody i na palnik go. Gotujemy około 15 minut, ale nie wchodzimy w tym czasie na Fejsa, tylko chwytamy za łososia. Oddzielamy skórę, kroimy na dłuuugie paski i zalewamy sosem sojowym. Wsadzamy rybkę do lodówki i wracamy do ryżu.

Ugotowany? Świetnie, to teraz zostawmy go w spokoju, niech poleży kolejne 15 minut. My za to zmieszajmy 2 łyżki octu ryżowego, 2 łyżeczki cukru (albo ksylitolu, ja tylko ostrzegam ponownie tych, którzy nie słuchali przy ciastuniu) i łyżeczkę soli. Jak się toto rozpuści, mieszamy z ryżem.

Kroimy teraz wszystkie dobrodziejstwa na małe kawałki, które znajdą się w naszych smacznościach.
I uwaga- najciekawsza sprawa. Kładziemy naszą bambusową matę, na to nori i mokrymi łapkami rozprowadzamy ryż. Na całej kompozycji umieszczamy składniki. Mniej więcej powinno wyglądać to tak:

Folia nie jest niezbędna, tu tworzyliśmy inne cuda wianki - odwracaliśmy sushi. Meneki neko pomagał.

Łosoś i serek Philadelphia. A w tle wyrolowani koledzy.

W zasadzie to, co tam sobie ponakładamy, zależy tylko od nas. Nie przeginałabym zbytnio, ale skoro istnieje sushi na słodko i - co lepsze - ktoś to je, to zdajmy się na wyobraźnię (jeśli się nam nie chce, to dodam, że moja ubóstwiona kombinacja to łosoś, ogórek, rzodkiewka i serek Philadelphia. Pozdrawiam).

Nie martwmy się, że rolki wychodzą krzywe, różnych rozmiarów i mają inne ukryte i mniej ukryte felery. Wszakże chodzi tu o zabawę i smak.

Ene, due, rike, fake.

Witamy!

Oczywiście rolki kroimy na pół, a potem na mniejsze kawałki i przystępujemy do konsumpcji.

Zapewne słyszeliśmy już setki razy, że mieszanie sosu sojowego, w którym maczamy sushi, to wstyd i hańba dla całej rodziny, ale fakt ten możemy całkowicie zignorować. Po pierwsze - Japończycy mieszają (i to już powinno zamknąć temat), po drugie - hej, jesteśmy w domu. Dopóki nie znajdziemy się na wytwornym przyjęciu w ambasadzie, mieszajmy sobie do woli. No, może nie tak do woli, bo wasabi to naprawdę ostra rzecz.

Oczywiście możemy przekąsić kawałek imbiru z pierwszej fotki - m.in. oczyści kubki smakowe i unikniemy pomieszania smaków, zwłaszcza gdy poniosła nas jednak fantazja i nie chcemy, aby śledź przebijał Nutellę.

Dobre, bo polskie.

Tu łosoś i awokado pozdrawiają wszystkich, którzy zdecydowali się na własnoręcznie robione sushi.

No to jemy.  いただきます!

8 komentarzy:

  1. Ooooooooo!!!!! Fantastyczne! Ale najlepie lubie Twoj styl pisania:-)
    .....wyrolowani koledzy.....hihihi.
    Napisz ksiazke! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooooooo dobry pomysl z tą książką. Chociaz ja przyznam ze nadal pracuje nad idealnym ryzem a z tym bywa bardzo ciezko.

    OdpowiedzUsuń
  3. To prawda, zdarza się zarówno zbyt rozciaptany, jak i za twardy. Pomimo tego, co na obrazku, myślę, że fajniej jest użyć ryżu nie w woreczkach, albo przeciąć woreczek - przejmujemy kontrolę nad sytuacją ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam jeść! ALe sama nigdy nie przyrządzałam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Sushi <3 !
    Uwielbiam sushi i Twój styl pisania także :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięęęki :D Zachęcam do rolowania ;)

    OdpowiedzUsuń