poniedziałek, 10 listopada 2014

Fantastyczna sprawa

Z pewnością dużą przesadą jest stwierdzenie, że jestem największym miłośnikiem fantastyki po obu stronach Wisły. Nam po prostu - z fantastyką, nie z Wisłą - często bywa bardzo po drodze.

Proszę bardzo, oto wylosowana przeze mnie w loterii na Falkonie kostka, która na dodatek świeci w ciemnościach. Można? Można.


Niektórzy mężczyźni bywają bardzo skryci.

Początek całej tej mojej zabawy sięga ponad 20 lat wstecz, kiedy to z buzią rozwartą na tak zwanego klasycznego karpika zapoznawałam się z pokaźną kolekcją mang i anime mojej kuzynki. Przez następne lata tu łypnęłam, tam podczytałam i tak oto niepostrzeżenie pokochałam sercem całym te japońskie i nie tylko dziwactwa.

 Klamrą, która spięła fascynację w całość, okazała się być moja wiekopomna praca magisterska o fanach mangi i anime na terenie Polski. Kiedy rok później dostałam prośbę o wykorzystanie fragmentów mojej pracy naukowej [sic!] w innej pracy naukowej, biegałam w kółko i puchłam z dumy.

Pan mnie bardzo polubił.

Po drodze było mi też z RPG - nieprzespane noce spędzone na bezlistosnym ubijaniu orków to nierozłączny etap moich wakacji. Potem oczywiście znienacka zrobiłam sie dorosła i bezsenna noc musi się kończyć trzema dniami regeneracji, ale z tematów okołofantastycznych nie zrezygnowałam na amen.

Jako dowód przedstawiam zdjęcia, które poczynione zostały na 15. Festiwalu Fantastyki Falkon w moim rodzinnym Lublinie. Nawet, jesli moja jedyna przygoda z fantastyką ogranicza się teraz do stwierdzenia, że to fantastycznie, że mi nie przemakają kozaki podczas pluchy, to będąc na zlocie ludzi, którzy rozumieją z grubsza, o co mi w ogóle chodzi, czuję się po prostu dobrze.

To ja, w tle Falkon. Zmęczona, z klapniętym włosem, ale szczęśliwa.

Choć staram się być na bieżąco, trendy w modzie mnie czasem prześcigną.

Jak się nabroi, to potem trzeba świecić oczami.

W tym roku nie dopchałam się na wymarzone prelekcje, ale za to tradycyjnie biegałam wokół stoisk, zaczepiałam cosplayowców (to ci poprzebierani), kibicowałam w walkach i z nadmiaru wrażeń nie podeszłam do Jarosława Grzędowicza. Chciałam mu powiedzieć, że napisał coś naprawdę fajnego, ale najzwyczajniej w świecie przegapiłam. Za rok podejdę, z tego miejsca postanawiam. O.

Pan w niebieskim widocznie był stylistą, bo od razu stwierdził, że jego kapelusz skomponuje się z moim strojem.

Tony Stark, czyli moja wielka miłość.

Jest moc!
No to ja idę. Do następnego!


6 komentarzy:

  1. ooooooooo....wracam do Lublina! Natychmiast!

    OdpowiedzUsuń
  2. ...to chyba dobze sie sklada,ze Pan K. ma fantastyczna ciotke? ;-). *fantasybydana* :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fantastycznie! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie się składa, wszystko fantastycznie :D Jak również fantastycznie, że fantastycznie :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Pan K. niezmiernie i niezmiennie od lat cieszy się z faktu posiadania tak fantastycznej cioci :)

    OdpowiedzUsuń