sobota, 7 listopada 2015

Listopadzicho.

Dla D. ;)


Podobno siedząc w biurze, nie zauważa się zmiany pór roku. Jest to oczywiście ewidentną bzdurą, bo przecież latem słońce nadaje po oczach nawet przez rolety, wiosną jest przerwa na Wielkanoc, a zimą nic nie widać, bo zadymka. Wiadomo.

Z powodu chwilowego braku lepszych pomysłów przeszłam na stronę blond. Pozdrawiam!

Ostatnio tak się jakoś składa, że zaczynam doceniać to, co szumnie nazywa się Kontaktem z Naturą. W stopniu umiarkowanym, ale jednak.

Jest to drzewo. Jeśli spytacie jakie, odpowiem, że dosyć pomarańczowe. Ale ładne, prawda?

Jesiennie, sielsko, anielsko.

Czyż nie uroczo?
Fajne Miejsce położone jest koło metropolii zwanej Jeziorany, gdzie można zakupić niezbędne produkty do spożycia. My skorzystaliśmy też jednorazowo z opcji gotowania dla nas przez blogerkę Ewę Pe - wegeżarcie zawsze na tak. Ale to, co podbiło nasze serca to Siedlisko Pasieka - przepiękny dom położony w sercu lasu, gdzie nabyliśmy drogą kupna miodu na całą zimę. Mam taką nadzieję.

A tu już tak zwana ciężka opcja dostępna w Fajnym Miejscu - puzzle, z których trzeba ułożyć rozlane mleko. Tak. Są białe. Powodzenia.

Drewienka.

Panienka z okienka. A serio - chciałabym, żeby wszystkie wsie były tak pięknie udekorowane, jak te, przez które przejeżdżaliśmy.

Wiadomo, kto rządzi we wsi.


Pojeździliśmy sobie po Warmii. Bardzo podoba mi się fakt, że kolorowe reklamy wymiany opon czy nabijania klimatyzacji były na naszej trasie praktycznie nieobecne. Piękna droga, barwne liście, jeziorko, a także życzliwi ludzie, którzy żyją zupełnie innym rytmem. Widziałam również setki krów i sarnę, co stało się dla mnie rodzajem bonusowej atrakcji. Na co dzień widuję bowiem głównie mojego kota Klocusia, który, przy wszystkich swoich zaletach, nie muczy.

Kogutek podbił moje serce.

Okno na świat,

Moja droga, o.

niedziela, 5 lipca 2015

Summer in the city.

Albo near the city. Ponieważ jeden obraz mówi podobno więcej niż tysiąc słów, skupmy się na wizualizacji czasu wolnego w formie fotograficznej. Czyli tak:

Dziewczynka z Prażki. Niejaki Julien de Casabianca umiejscowił reprodukcję obrazu Olgi Boznańskiej na budynku niedaleko kina Praha. Odnalazłam ją, bo w środy odbywa sie tam cykl, dzięki któremu obejrzymy filmy za piątaka. Ja póki co wpadłam na Mielensäpahoittaja, który głupio przetłumaczyli na nasze. Mimo to polecam.

Balkonowo: pomidorki i reszta.

Czerwcowe czytanie. Jadłonomia w standardzie, japońska kuchnia stała się prezentem urodzinowym, a reszta trochę nie moja albo kupiona z okazji nagradzania samej siebie. Gniew w promocji w Empiku.

Ktoś się najwyraźniej nie mógł zdecydować.

A tu bardzo fajna kampania: http://wyrzucone.pl/. Dla mnie już nie wystarczyło kotka do zerwania.

Nic to jednak, bo inne stworzenie okupuje narożnik na balkonie. Dodajmy, że to mój narożnik, za który zapłaciliśmy nieco jak za zboże. Niestety, została mi tylko podłoga, bo Klocuś prawem pierwszeństwa zajął siedzisko. Jak widać dosyć skutecznie.



Na imprezach firmowych najfajniejsze są fotobudki. 

To nie jest wbrew pozorom kampania antynarkotykowa, tylko kadr z moich urodzin. Miało być pięknie, wyszło jak zawsze. Na szczęście impreza się udała.


A to kolejny z prezentów. Oczywiście tradycyjnie zdominowany przez Klocusia.

Dla odmiany Klocuś. Tu prezentuje swoją elegancką krawatkę na każdą okazję.

Ja, grzebiąc w przepastnej torbie. 

A to MiTo. Kręcą tu moje ulubione Cappuccino z książką, więc tym chętniej sobie przesiadujemy. I kupujemy to, co w tle, bo i podłubac w ksiązkach można.

Z dzisiejszej wyprawy nad Wisłę: prawdy objawione na Moście Poniatowskiego.

Życzę przetrwania upałów.




czwartek, 23 kwietnia 2015

Kierunek: Wrocław.


Balonowe love.

W zasadzie już mi sie zdarzyło być we Wrocławiu. Jednak za nic w świecie nie jestem w stanie zrozumieć, czemu z poprzedniej wizyty zapamiętałam głównie kilka kolorowych kamieniczek na krzyż i smagłolice dziecko, które starało się usilnie ukraść świeczkę ze stolika, przy którym piłam kawę. Absolutnie niedopuszczalna rzecz (mój brak zakonotowanego zachwytu, pal sześć tę świeczkę), ale puśćmy to w zapomnienie i zacznijmy od początku.

Znowu żyję kolorowo.


Śniadanie w Bułce z Masłem na miły początek dnia. Usilnie próbuję włożyć kawał siebie do filiżanki.
A początek to wygrzebane z Internetu bilety lotnicze po 9 zł. Co prawda Modlin jest zlokalizowany w okolicach końca świata (i to innego niż moje miejsce zamieszkania), ale dla chcącego nic trudnego. Zmotoryzowanym polecam opcję jednego z parkingów, gdzie można bezpiecznie pozostawić swoje autko, a miły pan odwiezie nas busem w stylu retro na lotnisko i z powrotem. Sam lot trwa niesamowicie krótko (co ciekawe nie zrezygnowano z klasyki gatunku: co robić jak będziemy wodować  tym razem zapewne w basenie miejskim bądź na Odrze), a lądujemy w przyzwoitym miejscu - niespełna pół godziny jazdy autobusem od centrum.

Oprócz rachunku dostaliśmy też pisemne podsumowanie naszej kultury.


Ileż to radości!

Z dużą przykrością stwierdzam, że nocleg był taki sobie. Miejsce niby w pobliżu Rynku, opinie bardzo dobre, ale pokój telepie się co 6 minut w chwili, gdy przejeżdża tramwaj. Poważnie. No i czystość pokoju była mocno kontrowersyjna.

Ale nic to, nie zepsuło mi to humoru, Wrocław jest zbyt urzekający, magiczny, wielobarwny, by mógł się nie spodobać. No i, proszę Państwa, to jedzenie! Poszliśmy do bistro Vega, które, jak sama nazwa wskazuje, serwuje nam potrawy kuchni wegańskiej. Poza tym jest obszerne i jasne, można też przyprowadzić swojego pupila (Klocuś niestety nie leciał z nami, więc może innym razem).

Malunki ścienne.
Jak powszechnie wiadomo, od jedzenia jest lepsze tylko więcej jedzenia. A tego nie zabrakło. Yerby mate też nie.
Oczywiście kluczową sprawą we Wrocławiu jest Rynek; tak samo atrakcyjny o poranku, jak i podczas wieczornych ekspad. W zasadzie wystarczy zajrzeć w jakąkolwiek uliczkę, żeby odnaleźć coś, co nas może zainteresować.

Mnie, jak widać, zainteresowała fontanna.
Zasiedliśmy do herbaty i podglądaliśmy ludzi. Ludzie wyglądali dobrze, kamienice też. 
Dla odmiany znów fontanna.

Oczywiście niebywałą frajdę sprawiało mi odszukiwanie krasnali. Najpierw chciałam nabyć drogą kupna mapę wskazującą położenie każdego z nich, ale gdy zobaczyłam ich zatrważającą liczbę zrezygnowałam i zdałam się na kwestię przypadku.
Cóż zrobić, takie życie.
I give you my heart, tyryryryry.

Kolejną z atrakcji jest ogród zbudowany w stylu japońskim. Mamy więc mostek niczym u Moneta i kilka pomniejszych atrakcji. Wybyczyliśmy się tam na wiosennym słońcu, polecam do rozmów o życiu i jedzeniu.

Dorwałam mostek.

Och, serio? 

Jak widać, jest miło, sympatycznie i relaksująco.
To jeszcze na bis.

Wieczorny Wrocław również kusi licznymi restauracjami i pubami. I dużym krzesłem. Za to od rana znowu można przycupnąć na mocno przyzwoite śniadanie.

Niespodzianka!


Dzień dobry! Lot Kury przywitał nas smakowitościami.


Dobre to było strasznie!
I znowu kolory. Tym razem od drobiu.

Po solidnym posiłku znowu poszliśmy szukać drobnych niespodzianek. A jest ich we Wrocławiu pełno. Polecam też wspiąć się na wieżę widokową; o ile nie padnie się w połowie drogi, to widoki są bardzo kuszące.
Choć to wcale nie ulica Krokodyli, z okna na murze łypie na nas Bruno Schulz.
Znowu taszczę kilogramy ubrań. Estetyczny Wrocław kulturalnie zwrócił mi uwagę.

No przecież wyborne.

Jemu język wypadł, temu misiu.
Zajrzeliśmy do antykwariatu, a tu proszę.

Dzień jak co dzień.
Cóż mam rzec? Jedźcie do Wrocławia. Jest pięknie.

Jest pięknie.